W tak zwanym środowisku kominkarskim zauważam ostatnio duży ruch w kwestii „zduństwa”. Zaczynam nawet myśleć o nowym tekście na swoich reklamach. Powołuję się tam na trzypokoleniową tradycję zduńską, ale to już na nikim nie robi wrażenia, bo z wielu kątów powyłaziły różne zduńskie tradycje i pseudotradycje. Kim jest więc dzisiaj zdun? Natychmiast rodzi się pytanie: zdun czy kominkarz? Co ważniejsze: jajko czy kura? Czyli o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy teraz będzie.

Faktem jest, że kiedyś o zawodzie kominkarza nikt nie słyszał, ponieważ kominki budował zdun, i basta. No dobra, mądry murarz też potrafi – umie zbudować kominek otwarty. Dobry rysunek techniczny, konsultacja ze zdunem, i jedziemy. Pieca już nie postawi, bo to trzeba w glinie rączki pobrudzić i to ze znawstwem, a i z obyczajem… Natomiast kominek z wkładem kominkowym to przecież prościzna, każdy głupi potrafi. Pali się w skrzynce, rurka w dziurkę, dwa profilki, jedna płyta i heja! Aż tu bęc! Przyszła zima i chata za ugorem się spaliła. W sąsiedniej wiosce to dwie, a z jednej to ledwo w portkach z życiem uszli. Powiecie, żarty sobie stroi z tragedii. Tak, ale może w ten sposób parę osób zrozumie, jaka odpowiedzialność ciąży na rodzącym się zawodzie kominkarza.
Zdun to piękny zawód z tradycjami. Nigdy natomiast nie był tak niebezpieczny, jak przez ostatnie dwadzieścia czy trzydzieści lat. Zdun, który chce budować kominki z wkładem kominkowym, musi nauczyć się kominkarstwa. Ktoś powie, że raczej odwrotnie. No jasne, tylko po co kominkarz ma się uczyć zduństwa? Jak mu do głowy strzeli, by zbudować piec nie mając o tym pojęcia, to po prostu piec zacznie się rozpadać zanim stworzy zagrożenie pożarowe. Budowanie pieców kaflowych w popularnym wymiarze zanika, zduni zaczynają budować kominki, ale muszą się do tego przyłożyć. Postaram się wykazać dlaczego.
Sięgnijmy do historii. Kiedy człowiek rozmnożył się na tyle, że zabrakło miejsca w jaskiniach, szybko zorientował się, że siedzenie przy ognisku jest fajne do pierwszego deszczu. Posiedział jeszcze chwilę, trzymając nad głową liść czy kawałek skóry i odkrył zawód architekta. Znowu chwilę posiedział i odkrył zawód budowlańca. Pojawiła się kurna chata. Był to naprawdę krok milowy w rozwoju budownictwa i techniki grzewczej. W kurnej chacie piec był bezpieczny i wydajny. Ognisko na glebie, dziura w dachu na tyle wysoko, że płomień nie sięgał, no i 100% sprawności. Wszystko, co z tego palenia było łącznie z dymem – grzało. Przez kolejne 15 000 lat ludzkość tak śmierdziała od tego dymu, że wreszcie zrobili zebranie i wymyślili zawód zduna. Na początku zdun miał za zadanie sklecić coś na kształt kominka otwartego z kominem. Człowiek znów zbliżył się niebezpiecznie do konstrukcji drewnianej i znów się spaliło.

Tysiące lat człowiek uczył się radzić sobie z ogniem wokół siebie. Zdun przez tyle lat niejednego się nauczył. Budował coraz to doskonalsze paleniska, zdobywał wiedzę potrzebną do unikania pożarów. Tak się wszystkim spodobało, że znów zanadto się rozmnożyli. Tym razem zaczęło brakować drewna (zawodu górnika jeszcze nie wydumali). Jakieś 200 czy 300 lat temu jakiś urząd statystyczny obliczył, że jak czegoś nie wymyślą, to się lasy skończą. Wymyślili: w Skandynawii – żeliwny piecyk, w Tyrolu i Nowogrodzie – szamotowe palenisko. W zasadzie nie trzeba było dużo wymyślać, bo piece kaflowe już były, ale tylko dla elity. Teraz trzeba było coś wymyślić dla reszty towarzystwa. Drzwiczki w piecyku żeliwnym skutecznie ograniczały zużycie drewna, podobnie z piecem tyrolskim. Były to urządzenia w miarę bezpieczne. Problem mógł się pojawić, gdy zaniedbano komin. W czasach, które doskonale pamiętamy, czyli w drugiej połowie XX wieku, Japończycy wyprodukowali przeźroczystą ceramikę ogniotrwałą, popularnie nazywaną szkłem kominkowym. Stworzono dzięki temu wynalazkowi warunki rozwoju wyobraźni w projektowaniu coraz większych drzwiczek do coraz większych skrzynek. Po przekroczeniu ograniczeń wynikających z procesu produkcji elementów żeliwnych, fantazja nie zna granic. Z pozoru nic się nie zmieniło w sposobie użytkowania tychże skrzynek – kaset czy wkładów kominkowych. Tak jak żeliwny piecyk, należy je postawić w pewnej odległości od ściany oraz podłączyć do komina rurą. I o co chodzi? Właśnie – teraz wystarczy upodobnić to wszystko do kominka. Genialny pomysł, nie trzeba budować żmudnie cegiełka po cegiełce, zważając na jakieś tam proporcje i zasady. Wystarczy trochę niepalnych materiałów, a im większe moduły, tym szybciej zakończymy pracę. Ten sposób rozumowania zwiódł niejednego dobrego zduna, który podchwycił modny temat. Być dobrym zdunem niekoniecznie nakłada obowiązek rozumienia procesów zachodzących podczas spalania drewna. Intuicyjnie, powtarzając wypracowane od pokoleń zasady budowania pieca, wiedzieliśmy, gdzie parzy, a gdzie się rozszerza.

Naszą czujność uśpiła doskonała konstrukcja, która całą temperaturę traciła w swym wnętrzu. Piec ceramiczny, który w palenisku osiągał temperaturę 1000oC, do komina oddawał 200oC. To, co tracił po drodze, pozwalało przetrwać zimę nie tylko przyjemnie, ale i bezpiecznie.

Żeliwne piecyki były z początku mniejsze, więc i energii (mogącej stanowić zagrożenie dla domu i komina) produkowały mniej. Poza tym stoją nieobudowane. Ze wszystkich stron owiewa je powietrze, zapewniając doskonałe chłodzenie żeliwnych powierzchni. Wkład kominkowy to urządzenie, do którego można załadować porcję drewna, która nie zmieści się jednorazowo nawet w olbrzymim piecu kaflowym! Jest to również kilkakrotnie więcej niż można włożyć do żeliwnego piecyka. Odpalanie tej ,,bomby energetycznej” powinno się więc odbywać z największą ostrożnością.

Po pierwsze dlatego, że większość energii powstałej w jej wnętrzu trafia do komina. Jest to energia, na którą komin nie był przygotowany. Tamże dopalają się gazy w temperaturze od 300 do 1000oC! Który komin to wytrzyma? Wszelkie pomysły, np. deflektor (czyli blacha, która dość często spada z górnej części wkładu), są skuteczne, jeśli wkład służy do wędzenia. To urządzenie jest jeszcze uwarunkowane stosowaniem się do instrukcji obsługi: 3 kawałki drewna i mało powietrza. Kto stosuje się do instrukcji (np. ograniczenie prędkości samochodów do 50 km/h w mieście)!? W chwili, gdy marzniemy, robimy z wędzarni urządzenie do spalania drewna, wprowadzamy dużo tlenu i robimy duży płomień, osiągając temperaturę 600oC. Są to prawidłowe warunki spalania drewna wynikające z jego budowy i składu chemicznego. Deflektor w niczym tu nie pomoże. Producent instrukcją obsługi próbuje wymóc na nas zachowanie, które jest sprzeczne z dostarczonymi możliwościami.

Po drugie: gdyby tego nie zabudowywać, to byłoby tylko niebezpieczeństwo szybkiego wyeksploatowania komina (do 10 lat w przypadku tradycyjnie podłączanych wkładów kominkowych). Olbrzymia energia odpływałaby bezpiecznie wraz z ogrzanym powietrzem, tak jak w przypadku „kozy”. Zabudowany wkład wprowadził do powszechnego użytku technologię, której nie można stosować bez znajomości zachodzących tam zjawisk.

W Polsce cała odpowiedzialność za uświadomienie powagi sytuacji spadła w zasadzie na importerów pierwszych wkładów kominkowych. Ci, którzy w miarę rzetelnie przekazywali nam wiedzę pochodzącą z kraju producenta, mają czyste sumienie. Nawet niedoskonała, ale „firmowa” szkoła obudowywania wkładu nie jest niebezpieczna, jeśli nie zacznie się kombinować. A kombinować Polak potrafi, jak nikt inny! Oryginalne materiały izolacyjne sprowadzane z zagranicy były drogie. Zastąpienie ich krajowymi pozwalało obniżyć kosztorys kominka, zachęcając tym samym do jego kupna. W wielu przypadkach doszło do sprzedaży materiałów nieodpowiednich.
Czas na podsumowanie. Kto w Polsce buduje kominki? Kto to jest kominkarz? Większość to ludzie, którzy przypadkowo zetknęli się z tematem kominka. Szybko zorientowali się, że jest to dobry sposób na zarabianie. Jeśli przedtem liznął trochę budownictwa, to płyta GKF i wełna mineralna były mu znane. Jak trafił na importera wkładów kominkowych, który robił szkolenia rzetelnie przekazując informacje o zagrożeniach, to myślę, że łatwiej było mu zacząć niż niejednemu zdunowi. Zdun, za pan brat z ogniem, uznał, że nauka mu niepotrzebna.
Gdybyśmy zajrzeli do statystyk straży pożarnej, to być może zduni budujący kominki z wkładem mają podobny „dorobek” w tworzeniu zagrożeń, co budowniczowie kominków wywodzący się z innych, nie związanych z ogniem zawodów. W mojej okolicy dość spektakularne pożary wywołali:
   1) absolwent Szkoły Podchorążych Pożarnictwa,
   2) zdun, czynny członek Ochotniczej Straży Pożarnej.

Liczba szkoleń – na szczęście – rośnie, w czym upatruję też swoją zasługę.
Nawet niezbyt górnolotne szkolenie jest zawsze okazją do tego, by wymienić doświadczenia lub uświadomić sobie oczywistą prawdę. Prawdę, która nie docierała do naszej świadomości, mimo że nieraz potykaliśmy się o nią codziennie projektując, sprzedając i budując kominki.

Koleżanki i koledzy – wnosimy ludziom do domów ogień, a ogień to żywioł, którego lepiej nie lekceważyć.

Piotr Batura

strona główna