Trochę czasu już minęło od chwili, gdy nowoczesne zduństwo na dobre zaczęło „panoszyć się” w Polsce. Nie zamierzam wcale ustalać daty tej „wiekopomnej” chwili, ani wskazywać personalnie zasłużonych, a tym bardziej winnych. Podejmuję jedynie próbę oceny sytuacji. Ogólnie wykonawcy pieco-kominków w nowej technologii dzielą się na tych, którzy zaufali polskim materiałom i tych, którzy się ich boją. Podział to bardzo zgubny i nieco żartobliwy, ale możliwy do przyjęcia, bo wykonawców umiejących budować kumulację z byle czego jest niewielu.

Argumenty przeciwników stosowania materiałów krajowych, sugerujące ich niższą jakość, są trochę przesadzone. Główny z nich to pękanie. Kolekcja popękanych elementów produkcji austriackiej czy niemieckiej, którą udało mi się zgromadzić, przeczy temu argumentowi. Pęka wszystko, co trafi w ręce klienta, który nie został poinformowany o przeznaczeniu zastosowanego materiału. W swoim laboratorium lubię „pomęczyć” to i owo, sprawdzając nie tylko przydatność materiałów, które chcę sprzedawać, ale też granice ich wytrzymałości. Najbardziej podatne na pękanie wydają się krążki akumulacyjne, zarówno polskie, jak i te „lepsze”. Dlaczego pękają? Czy przyczyną jest gorszy materiał, którego użyto do ich wykonania? Z pewnością nie. Krążki powinno się montować wyłącznie jako dodatek do małych palenisk. U klienta, którego kominek w praktyce staje się jedynym źródłem ogrzewania, odzysk ciepła powinien być zbudowany w bardziej trwały i wydajny sposób, np. z użyciem kanałów kumulacyjnych, wymienników opadowych lub wykonanych ze stali. Krążki zostawmy tym klientom, którym za bardzo nie zależy na efektywności, ale słyszeli że odzysk jest „trendy”.

Budując pieco-kominek w oparciu o wielki wkład lub palenisko, do którego wkładamy jednorazowo 10–16 kg drewna, stawiając na nim 5–6 krążków kumulacyjnych, musimy mieć świadomość, że nie będzie to rozwiązanie ani ekonomiczne, ani trwałe. Energia, powstała podczas spalania tak dużej ilości opału, zniszczy na swojej drodze wszystko, co się na niej znajdzie, a będzie wykonane z dostępnej nam ceramiki. Gazy pędzące ku górze, rozpędzając się na wylocie trafiają na pierwszy krążek i tylko kwestią czasu i ilości cykli jest kiedy on popęka. Oprócz tego od trzech do sześciu krążków nie jest w stanie odebrać tej ilości energii, by racjonalnie wykorzystać wytworzone ciepło. Krążki w takiej sytuacji to namiastka odzysku energii, nieumiejętnie stosowana przez niedouczonych monterów i niewłaściwie używana przez niedoinformowanych inwestorów.

Taki „zestaw” oprócz tego, że niszczy materiał ceramiczny, „przepuszcza” do komina ok 50% ciepła, które można by jeszcze wykorzystać do ogrzewania. Komplet 3-6 krążków nadaje się doskonale do instalacji w zestawie z paleniskiem, do którego ładujemy 2-5 kg drewna. Niestety, błąd ten potwierdzają niektórzy europejscy producenci urządzeń grzewczych, którzy zaczynają po omacku penetrować rynek urządzeń nie tylko do oświetlania, wypuszczając gotowe zestawy: duży wkład kominkowy + adapter do krążków kumulacyjnych i zestaw krążków. Sugerują tym samym racjonalność takich poczynań. Trudno więc się dziwić „Panu Kominkowemu” po dwóch szkoleniach jedno lub dwudniowych, że wchodzi w ten biznes, mając błogosławieństwo jakiegoś potentata w produkcji kominków.

Edukacja rozwija się w naszym kraju ślamazarnie. Uczą często ludzie przypadkowi, którzy w szkoleniach upatrują raczej dostępu do potencjalnych klientów. Wiedza, którą szerzą niektóre ośrodki, jest wiedzą wyrywkową, dostosowaną do aktualnej produkcji fabryki reprezentowanej przez prowadzącego szkolenie.

Mimo, że krążki akumulacyjne są doskonałym rozwiązaniem, nie jest to jedyny sposób na zatrzymanie ciepła. Przede wszystkim fachowcy, a nie tylko inwestorzy powinni o tym pamiętać.

Piotr Batura

strona główna