W poprzednim wydaniu Kominków PRO pisałem o krążkach. Dziś zamierzam kontynuować temat odzysku energii ze spalin. Pora na „ciężką artylerię” - kanały spalinowe, którymi można w sposób zdecydowanie bardziej wydajny zagospodarować energię wydobytą ze spalonego drewna. Dym, przed wpuszczeniem do komina można, dzięki kanałom dymowym, zagonić do bardziej wydajnej pracy, niż w przypadku krążków. Oczywiście drewna musimy spalić więcej, ale możemy też liczyć na lepsze efekty. Zduni uśmiechają się pod wąsem, bo dla nich to chleb powszedni. Dobrze wybudowany piec kaflowy to w zasadzie nic innego jak system kanałów, trochę bardziej skomplikowany i wymagający większego rzemieślniczego kunsztu, niż posklejanie kilkunastu klocków LEGO, trochę cięższych, od tych, którymi bawią się, bawiły lub będą bawić nasze pociechy. Trzeba tylko pamiętać, by któregoś kolana nie wkleić odwrotnie. Ot i cała filozofia. Łatwo gadać, powie niejeden początkujący montażysta wkładów. Prawda, nie jest to aż takie proste jak pozwoliłem sobie zażartować. Nie o sposobach montażu, rodzajach, zaletach czy minusach jednak chcę dziś mówić. Ta działka jest już nieźle „uprawiona” przez producentów i importerów materiałów. Kiedy nie powinno się budować kanałów i dlaczego, to temat dzisiejszego wypracowania.

Kanały stają się modne w Polsce, więc jak długi i szeroki nasz kraj mnożą się na ich temat mity. Jednym z nich jest przeświadczenie, że do zwykłej supermarketowej pokraki wystarczy podłączyć kanały (lub jakikolwiek gadżet odzyskujący ciepło ze spalin) i zaraz będzie mercedes. System kanałów wraz z osprzętem i prawidłowym montażem, to spory wydatek. Nawet z polskich, bardzo przyzwoitych modułów, taka zabawka kosztuje tyle, co kompletny kominek wykonany przez początkującego kominkarza na bazie gipsu, wełny i najtańszego wkładu. Aby dobrze taka kumulacja służyła trzeba ją mocno nagrzać. Zmuszanie podłej jakości skrzynki żeliwnej do szybszego biegu (czytaj: ostrzejszego palenia), nie wyjdzie jej na zdrowie. Jak nic nie dociągnie do połowy określonego gwarancją terminu bezawaryjnego funkcjonowania. Z kolei jeśli już się nam uda tym wkładem masę nagrzać, pojawia się problem zatrzymania zgromadzonego w modułach ciepła. Pomijając nawet nieszczelności tych wkładów pojawiające się po kilkumiesięcznej eksploatacji, pamiętać należy, że konstrukcja urządzenia zakłada nieszczelność „z urzędu”. Kurtyna powietrzna w postaci szczeliny w drzwiach to problem nie do przeskoczenia. Kanały kumulacyjne zamiast trzymać ciepło kilkanaście godzin, stygną po dwóch, trzech. Nie tracą tego ciepła do pomieszczenia, w którym stoją (co byłoby ewentualnie do przyjęcia), tylko wydmuchiwane jest ono do komina. Czy należy całkowicie pogrążyć tanie wkłady, skoro 70% budowanych kominków opiera się o te właśnie produkty? Z pewnością nie, ale odzyskujmy z nich ciepło w sposób adekwatny do ich możliwości. Robiąc to za pomocą prostych wymienników stalowych, o długości kanałów odpowiedniej do nieszczelnej konstrukcji paleniska, dopasowujemy się do sytuacji nie tylko technologicznie, ale i finansowo.

Jest grupa innych fascynatów kumulacją modułową. Zarówno inwestorów, jak i sprzedających. Sam uległem namowom i zdarzyło mi się dołożyć „coś akumulacyjnego” do wkładu czy kominka, w którym na pierwszy rzut oka tego rodzaju „wywijasów” być nie powinno. Duże, panoramiczne wkłady, szczególnie z szybą podnoszoną do góry, nie powinny chyba być łączone z kanałami dymowymi. Wiem, można zrobić to dobrze, w niczym nie zaszkodzi, ale kłóci się to z filozofią budowy kominka, który ma być raczej ozdobą, frajdą, relaksem, a nie wydajną maszyną do grzania. Problemy mogą też wystąpić, jeśli klientowi „się spodoba” grzanie domu z kominka. Skomplikowane detale gilotyn będą się buntować. Warto przynajmniej uświadomić użytkownika, że przy ostrym hajcowaniu prowadnice wkładu przystosowanego do użytkowania w niższych temperaturach, mogą nie wytrzymać. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku tanich wkładów, dobrze zastosować „lżejszy kaliber” w postaci nieskomplikowanego wymiennika stalowego. Przy okazji takie działania mogą być zbawienne dla komina systemowego, gdyż pozwolą na jego eksploatacją w niższej temperaturze.

Pojęcie „kreator mody” kojarzono dotychczas monotematycznie. Okazuje się, że można je używać także w odniesieniu do kominków. Pamiętajmy jednak, by kreując modę na odzysk ciepła ze spalin, zwrócić również uwagę na kulturę palenia. Jeśli nie pójdzie ona w parze z budową nowatorskich rozwiązań grzewczych, pieco-kominków, czy kominków kumulacyjnych, szybko pojawią się sfrustrowani klienci. Czyszczenie takich budowli z sadzy czy kondensatu, nadmiernie wytworzonych wskutek palenia niewłaściwym opałem, lub niewłaściwie zaprojektowanych, szybko może rozpowszechnić opinie negatywne zamiast pochwał. Zły dobór paleniska do masy kanałów, zbyt długie ciągi spalinowe, czy to w odniesieniu do mocy (wielkości) paleniska, czy też długości komina (siły ciągu), brak dostępu do pewnych zakamarków, czy zawijasów konstrukcji, to podstawowe grzechy wykonawców. Kto by tam sobie zawracał głowę wyczystką na każdym zakręcie? Skomplikowany dostęp do korków zasłaniających otwory rewizyjne niejednego inwestora wyleczy z kumulacji do końca życia.

W prawidłowo zaprojektowanym (wykonanym) urządzeniu można nie zaglądać do wyczystek przez kilka lat: warunkiem jest palenie suchym drewnem, niekoniecznie liściastym. Palenie to powinno odbywać się przy dostatecznym, nie stłumionym nadmiernie dostępie powietrza. Temperatura spalania przynajmniej połowy cyklu (jednorazowego nagrzewania masy) powinna znacznie przekraczać 600 oC. „Suche drewno” też może mieć różne oblicza. Nie uda się wytrwać, tak jak napisałem, kilka lat bez czyszczenia kanałów, jeśli do palenia używać będziemy drewna powszechnie uznanego za suche. Drewno sezonowane co najmniej dwa lata, przechowywane pod dachem, zawiera jeszcze 20 – 24 % wody. Palenie takim drewnem nie jest błędem, ba, dla wielu jest to przedmiot westchnień. Mówiąc o wysokiej kulturze palenia, zakładałem, że drewno trafia do ogrzewanych pomieszczeń dużo wcześniej, niż w dniu użycia. Już kilka dni wystarczy, by odparować dodatkowe parę procent wody, przy okazji podnosząc wilgotność w nadmiernie wysuszonym podczas sezonu grzewczego domu. Ważne jest również, by drewno to było bardziej rozdrobnione w stosunku do tego, do którego przyzwyczaiły nas kominki „normalne”. Rozdrobnienie ma za zadanie wywołanie bardziej gwałtownej reakcji – uzyskanie wyższej temperatury. Przy okazji: im drewno drobniejsze, tym szybciej traci wilgoć. Paląc drewnem o wilgotności 8 – 14 % możemy liczyć na dłuższe przerwy między kolejnym otwarciem wyczystek. Możemy też rzadziej wybierać popiół z paleniska, bo będzie go mniej.

Piotr Batura

strona główna