Pani Józia, ta z Jaśnioka, słyszała od pani Bronki, że pan ... , no ten, co się wybudował za krzyżem, ma już kominek. Okazało się, że facet od ocieplania poddaszy robił już wcześniej coś takiego na swojej poprzedniej robocie, więc to nie nowicjusz. Doradził jaki wkład z supermarketu budowlanego będzie najlepszy, i tam też kupili wszystko, co potrzebne do montażu. Płyty gipsowe zostały z zabudowy poddasza, bo tam akurat użyte zostały te „żaroodporne”.

Tak zapewne wyglądał scenariusz „zawierania umowy o dzieło” pomiędzy inwestorem, a wykonawcą jego kominka. Kominka, który przyszło mi poprawiać po 4 latach. Poprawiać to za mało powiedziane, bo poprawić się nie dało.

Teoretycznie mogło się udać, gdyby nie fakt, że klient ów kominek potrzebował do ogrzewania domu. Mogłoby się udać, gdyby kominek ten był inwestycją wynikającą z potrzeb snobistycznych, czy dopasowania się do wymogów mody. Wówczas palenie odbywałoby się przeciętnie raz w miesiącu, częściej w okresie świąt i wizyty teściowej. Natomiast ten klient określił swoje potrzeby, więc wybór padł na wkład, który w markecie uchodził za lepszy (był droższy), więc słuszne wydawały się przypuszczenia, że będzie dobry do codziennego ogrzewania domostwa. Przypuszczenie dość logiczne w swoim założeniu, zwiodło niejednego, niewiele wiedzącego na temat wkładów kominkowych człowieka. Też się do nich zaliczam. Kupując swój pierwszy wkład kominkowy, wybrałem z oferty żeliwnych model nie za 1350 zł, tylko ten lepszy za 2200. Ponieważ potrzebowałem wkład kominkowy do ogrzewania budowanego właśnie domku, miałem po 5 latach okazję przekonać się, że nie cena i pozornie lepsze detale decydują o przeznaczeniu wkładu. Zabawa z wkładem w moim domu skłoniła mnie by powrócić do porzuconego wcześniej „dziadkowo-tatowego” zawodu.

Wracamy do pani Józi. Obudowa wykonana z płyt G-K izolowanych wełną mineralną i wzmocnionych profilami systemowymi, nie musi być zła. Jeśli wszystko jest wykonane zgodnie z zasadami budowania ścianek działowych, czy podwieszania sufitu, to może się udać. Musi się jednak udać jeszcze parę czynności po drodze. Wełna, którą kupimy musi być z gatunku tych, które nie śmierdzą po podgrzaniu. Podobnie taśma używana do uszczelniania łączeń izolacji. Do kompletu 4 kratki odpowiedniej (!) wielkości, wykonane z metalu, ale pomalowane farbą, która nie emituje toksycznych związków pod wpływem podwyższonej temperatury. No i przydałby się jeszcze dom wykonany z ceramiki. Źle wykonany kominek w domu z betonu, nie jest tak niebezpieczny, jak w budynkach drewnianych. Palą się domy z drewnianymi stropami lub budowane w tzw. technologii szkieletowej. Dlaczego poprawiałem kominek skoro wkład z supermarketu „trzymał się jeszcze kupy”? Co prawda jedna śruba gdzieś się zapodziała, klamka latała na wszystkie strony świata, a coroczne zakładanie nowych uszczelek na niewiele się zdało, bo drzwi z cienkiego i taniego żeliwa wygięły się za bardzo jak na możliwości najgrubszych, zdatnych do założenia uszczelek. Całości dopełniały elementy pod tytułem: szufladka na popiół, ruszt, tylna płyta i barierka chroniąca przed „skulnięciem” kłody na szybę. Szufladka nie chciała „wyjść”, a jak już wyszła, to nie można było jej wsunąć na miejsce. Tylna płyta i barierka były fantazyjnie powyginane, a ruszt.... Rusztu w zasadzie już nie było.

Nie mankamenty wkładu były jednak przyczyną, dla której mnie poproszono o wizytę. Styczność z wysoką temperaturą w kominku potrafi przetestować nie jeden materiał i niejednego wykonawcę. Spaliło się poddasze i obudowa kominka. Nieczęsto trafia się klient, który po takiej przygodzie chce odbudować kominek, będący przyczyną pożaru. Podjąłem się tego zadania w odległym mieście, choć nie wiem czy drugi raz bym spróbował. Ale o tym później. Przed przystąpieniem do odbudowy kominka (skończyło się na nowym kominku z nowym wkładem) nie mogłem powstrzymać się od zadania kliku złośliwych pytań typu: czy Pan od poddasza robił również elektrykę w tym domu, albo instalację wodno-kanalizacyjną? W odpowiedzi usłyszałem że prądem zajmował się elektryk a wodą hydraulik.

Niekonsekwencja inwestora w doborze wykonawców skończyła się pożarem poddasza. Szybka interwencja straży pożarnej i ponoć sąsiada, który zauważył dym wydobywający się z kalenicy, ograniczyła skutki katastrofy. Nie zawsze się tak udaje. Statystyki pożarów to głównie niedopałki papierosów latem i kominki zimą. Palą się domy drewniane i konstrukcje dachowe w domach z ceramiki. Betonowe klocki są na uprzywilejowanej pozycji, palą się w nich tylko kominki.

Przypadkowi wykonawcy kominków to nie wyjątek. Niejedno okno, niejedne drzwi zamontował jakiś Pan Józek. Niejeden metr kwadratowy płytek położył Pan Bronek. Ludzie nie mający z tymi czynnościami wcześniej nic wspólnego. Nie mówię, że wszystkie te „fuchy” są źle zrobione, ale jeśli nawet, to mamy krzywo osadzone okno, nie domykające się drzwi lub nierówno położone płytki. Błędy w montażu, czy budowie kominka mogą być op wiele bardziej dotkliwe i skończyć się zaczadzeniem, czy w skrajnym przypadku pożarem. Łatwość z jaką niektórzy powierzają swoje bezpieczeństwo przypadkowo poznanym ludziom jest godna podziwu. To nie jest wieszanie obrazka, czy budowa ścianki działowej, tylko robienie ogniska na środku naszego domostwa. Ogniska, które jak się rozpali, musi się spalić do końca.

Co ciekawe, że oglądając zdjęcia kominka – bohatera dzisiejszego felietonu, podziwiać należy kunszt artystyczny i staranne wykonanie. Robota naprawdę godna podziwu, gdyby nie drobny „kiks” techniczny. Takich błędów czasem nie sposób uniknąć ludziom początkującym w zawodzie, mnie też się zdarzały. Ktoś spyta – więc o co Ci chodzi? Tobie wolno popełniać błędy, a inni nie mają do tego prawa? Odpowiem tak: prawo powinno być jedno dla wszystkich (tak! „dla wszystkich równe” - to do mojej zony, która ciągle domaga się przywilejów...).

Jako człowiek z ogniem obyty, przez przodków zdunów „oćwiczony”, zetknąłem się ze 20 lat temu z nową technologią. W Polsce całkowicie nową. Okazało się, że dla zduna montaż wkładu kominkowego to nowy rozdział. Nowy rozdział w technologii i materiałoznawstwie. Gdzieś już o tym pisałem, więc krótko przypomnę. 20 lat temu w Polsce nie było nic, co nadawało się do kominka z wkładem, bez „kombinowania”. Firmy importerskie głównie interesowały się sprzedażą palenisk, a co my z tym zrobimy, mniej je obchodziło. Ceny wkładów dopasowywali jakoś do obowiązującego kursu złotego, natomiast akcesoria „chodziły” według zachodniego cennika. Sami zaczęli kombinować jakby zastąpić te kratki, przyłącza lub izolacje „za ciężkie dewizy” rodzimym zamiennikiem. Uruchamiali też swoją produkcję. Jedni lepiej, drudzy gorzej. Podobnie szkolenia: jedni importerzy szkolili lepiej, drudzy ... wcale!

Chcę powiedzieć, że to, co było uzasadnione w chwili wprowadzania nowego produktu, nowych technologii, w zasadzie nowego zawodu, czyli dobrych 20-25 lat temu, nie ma żadnego uzasadnienia w czasach obecnych. Eksperyment z prostym kominkiem mógł trwać pierwsze 5-10 lat. Pionierów można chyba rozgrzeszyć, przecierali trudny szlak. Przecierali go ogniem i dymem, nie raz dosłownie.

W chwili obecnej nie widzę żadnego racjonalnego wytłumaczenia dla eksperymentów z prostymi obudowami wkładów. Przykład z panem od „rygipsów” jest ewidentny, ale moje poprzednie twierdzenie dotyczy również nowo powstałych firm. Nie ma ograniczeń w dostępie do rynku. Każdy może założyć firmę. I proszę bardzo. Ale nie wolno eksperymentować na pierwszym kliencie jak my to musieliśmy doświadczać. Wiedza na temat jak budować, z czego budować i jakie są zagrożenia jest obecnie na tyle powszechna i dostępna, że „nie ma zmiłuj się”! To nie znaczy że nie wolno eksperymentować. Jak najbardziej. Nowe technologie, nowe materiały, nowe produkty. To zadanie dla tych, którzy chcą się rozwijać. Początkujący „kominkarz”, czy nie daj Boże początkujący zdun, nie ma prawa eksperymentować w czasach ogólnego dostępu do wiedzy i do internetu. Eksperymenty i wdrażanie nowych technologii to zadanie dla tych, którzy „zjedli zęby” w branży. Dotyczy to wykonawców, producentów i szkoleniowców. Nie wiesz? Najpierw posłuchaj. Niestety większość „nowych”, po roku praktyki, nadaje jak katarynka, myśląc że o kominkach wie wszystko.

Na początku tekstu wyraziłem przypuszczenie że mogło się udać. Podtrzymuję je.. Zawsze jest szansa że może się udać skok do basenu bez wody. Potencjalnym inwestorom, amatorom kominków czy pieco-kominków, chcę jeszcze raz zwrócić uwagę, że jeśli jakiś wykonawca montuje 15-20 lat kominki, to jest większe prawdopodobieństwo że zrobi to dobrze, niż w przypadku pana od rygipsów, pana od hydrauliki, czy pana kamieniarza montującego właśnie parapety. Teraz, po latach doświadczeń, eksperymentów, spieprzonych z braku wiedzy i poprawionych później z mozołem kominków, mogę odetchnąć trochę spokojniej, ale w tak trudnym temacie jak sprzedaż ognia nigdy nie można być chojrakiem. Gdy słyszę tekst: „Proszę pana ten fachowiec już 2 lata robi kominki, więc na pewno będzie OK”, lub „O co panu chodzi, drugi sezon już grzejemy i nic” - uśmiecham się pod wąsem.

Na koniec winien jestem jeszcze słówko o montażu kominka u inwestora po pożarze. Po pożarze kominka! Napięcie rosło wraz z postępem prac. Stres, jaki przezywali, wzmagało wspomnienie niedawnego przykrego zajścia. Pytania, zadawane z początku sporadycznie, zaczęły stawać się uciążliwe. Apogeum niepewności i strachu nastąpiło oczywiście w chwili próbnego palenia. Podziwiam tych ludzi i mam dużo szacunku, że podjęli ponowną próbę rozniecenia ogniska w swoim domu. Na szczęście obyło się bez wspólnej wizyty u psychoanalityka. Wspólnej, bo i moje nerwy zostały wystawione na niezłą próbę. Przyznać się muszę, że w domu tym, w którym budowałem nie tylko kominek, ale i komin, zastosowałem dodatkowe, w zasadzie zupełnie niepotrzebne zabezpieczenia p.poż.

Piotr Batura

strona główna